Wojciech

Lubawski


Prezydent Kielc


Poznaj mój program

FILARY MOJEGO PROGRAMU

Chcemy budować społeczeństwo szczęśliwe i spełnione, więc musimy stawiać na rodzinę. Nasz samorząd podejmie szereg decyzji, które ułatwią życie kieleckim rodzinom, pomogą im w zagospodarowaniu wolnego czasu, uprawianiu sportu i rekreacji.
DLA RODZICÓW I ICH DZIECI
  • Rodzice, którzy planują posłać swoje dziecko do przedszkola czy żłobka, uczynią to bez kłopotu, bowiem w czasie najbliższej kadencji wybudujemy co najmniej pięć takich obiektów. Zaczniemy od Żłobka Samorządowego przy ulicy Chopina.
  • Co roku zainwestujemy w minimum trzy osiedlowe place zabaw dla najmłodszych. Planujemy je na osiedlach: Czarnów, Dąbrowa, Szydłówek, KSM, Pod Telegrafem, Baranówek, Pakosz, Herby, Pod Dalnią, Centrum, Podkarczówka, Nad Silnicą, Ostra Górka, Uroczysko, Niewachlów. Utworzymy strefy bezpieczeństwa dla najmłodszych na placach i skwerach miejskich oraz w Parku Miejskim.
  • Rodzicom niemowlaków, tak jak dotychczas, umożliwimy bezpłatne szczepienia przeciwko pneumokokom i meningokokom, a nastolatek - przeciwko HPV.
  • W przedszkolach i szkołach podstawowych uruchomimy program „Szacunek dla rodziców i nauczycieli”. W każdym przedszkolu wprowadzimy bezpłatną naukę języka angielskiego.
  • Teatr Lalki i Aktora „Kubuś” otrzyma od nas nową siedzibę; zorganizujemy w niej także unikatową wystawę lalek teatralnych.
  • Nasz wielki program „Kielce – raj dla dzieci”, liczący w tej chwili 40 propozycji, rozwiniemy o kolejnych 40.
  • Zainicjujemy szereg programów sportowych dla dzieci i młodzieży. (między innymi liga lekkoatletyczna szkół, mistrzostwa Kielc w piłce nożnej, siatkówce i koszykówce). Zainwestujemy w kolejne hale sportowe (co najmniej jedną rocznie, w tym oczekiwaną halę przy I LO im. S. Żeromskiego) i boiska. Będziemy nadal finansować naukę pływania w trzecich klasach szkół podstawowych, w myśl hasła „Wszyscy kielczanie umieją pływać”. Basen przy ulicy Krakowskiej będzie cyklicznie prowadził zajęcia dla noworodków.
  • Sukcesywnie zwiększymy finansowe wsparcie dla kieleckiego harcerstwa, w tym dla Międzynarodowego Harcerskiego Festiwalu Kultury Młodzieży Szkolnej o 20 procent rok do roku. Zadbamy o wkład własny w rozbudowę Domu Kultury BIAŁOGON – jednostki kultury, której Miasto Kielce wraz z ZHP jest współgospodarzem.
DLA SENIORÓW I NIE TYLKO
  • Będziemy systematycznie poprawiać dostępność seniorów do rehabilitantów. W tym celu stworzymy co najmniej trzy ośrodki rehabilitacji dla osób starszych, finansowane przez miasto.
  • Zapewnimy Kielczanom powyżej 55. roku życia bezpłatne – tak jak ma to miejsce dotychczas - szczepienia przeciwko grypie.
  • Utworzymy kolejne pięć klubów seniora. Łącznie będzie ich 16, co zagwarantuje, że seniorzy ze wszystkich części miasta będą mieli do nich dostęp.
  • Zainicjujemy szereg programów sportowych dla ludzi starszych (między innymi nauka pływania i „nordic walking”).
  • Dofinansujemy z budżetu miasta Rodzinne Ogrody Działkowe kwotą miliona złotych rocznie na poprawę infrastruktury.
  • Poszerzymy ofertę dla posiadaczy Karty Dużej Rodziny oraz Karty Seniora o kolejne ulgi i rabaty.
DLA ZDROWIA I WYPOCZYNKU
  • W 2019 roku uruchomimy publiczną wypożyczalnię (co najmniej czwartej generacji) rowerów. Zbudujemy kolejne kilometry dróg rowerowych, zwiększając ich długość z 53 do 80 kilometrów. Poprowadzimy je przez ulice: Wrzosową, Krakowską, Radomską, Biskupa Jaworskiego, Orkana, Klonową, Warszawską, Piekoszowską, Wapiennikową, Witosa, Zagnańską, Wojska Polskiego i Domaszowską oraz aleję Solidarności. Uporządkujemy infrastrukturę i ruch rowerowy w mieście, w tym w ciągu najbliższych dwóch lat wyeliminujemy słabe punkty infrastruktury rowerowej, na przykład obniżymy krawężniki przy zakończeniach ścieżek, zmienimy nawierzchnię z kostki na asfalt.
  • Będziemy wspierać organizacyjnie i finansowo gospodarza – właściciela obiektu sportowego „TĘCZA”. Wybudujemy też w nowej lokalizacji basen letni z infrastrukturą rekreacyjną.
DLA KIELCZAN W TRUDNEJ SYTUACJI
  • Nadal będziemy intensywnie wspierać rodziny, które są w kryzysie z powodu choroby lub niepełnosprawności. W ciągu dwóch lat wybudujemy i uruchomimy Kieleckie Centrum Zdrowia Psychicznego oraz zmienimy lokalizację Ośrodka Wczesnej Interwencji, co pozwoli nam znacząco zwiększyć zakres usług medycznych, rehabilitacyjnych i opiekuńczych dla dzieci z niepełnosprawnościami, w tym z intelektualnymi.
  • W ciągu najbliższych pięciu lat wybudujemy co najmniej pół tysiąca mieszkań socjalnych, chronionych oraz mieszkań na wynajem przez Kieleckie Towarzystwo Budownictwa Społecznego. Naszym symbolicznym celem jest zburzenie wieżowca z mieszkaniami socjalnymi przy ulicy Młodej 4. Rozpoczniemy budowę osiedla Dąbrowa II.
DLA PRZYSZŁYCH POKOLEŃ
  • Utworzymy i będziemy administrowali portalem „Kieleckie rodziny”, z pomocą którego utrwalimy historie kielczan i kieleckich rodzin. Będzie to unikalny zbiór informacji nie tylko o ludziach, którzy wpłynęli na historię Kielc, ale także o tych, którzy tworzyli jego mikrokosmos, niepowtarzalną tkankę miejską. W ten sposób ocalimy ich dla przyszłych pokoleń od zapomnienia. Każdy z Kielczan będzie mógł wnieść swój wkład w tworzenie portalu i opowiedzieć o sobie, swoich korzeniach, korzeniach swej rodziny. Ta witryna będzie wyjątkowym świadectwem życia miasta na przestrzeni dziesięcioleci, a może nawet stuleci.
Obowiązkiem samorządu jest zagwarantowanie mieszkańcom bezpieczeństwa i komfortu w miejscach publicznych, na drogach i ulicach oraz bezpieczeństwa socjalnego. Co zamierzamy zrobić w tym obszarze?
MONITORING
  • Sukcesywnie rozbudujemy system monitoringu miejskiego. Docelowo we wszystkich obiektach publicznych zainstalujemy zewnętrzne kamery rejestrujące otoczenie budynków oraz dostęp do nich. Szczególną uwagą obdarzymy placówki oświatowe - rozpoczniemy od najbardziej narażonych na różnego rodzaju zagrożenia szkół średnich i podstawowych, potem zajmiemy się przedszkolami i żłobkami.
  • Dokończymy wyposażanie autobusów miejskich w system monitoringu, także zewnętrznego, co zwiększy poczucie bezpieczeństwa pasażerów. Kamery będą też rejestrować sytuację autobusów na drodze.
  • Z większą determinacją będziemy egzekwować drastyczne zakłócanie ciszy nocnej po godzinie 22, szczególnie na osiedlach mieszkaniowych, angażując w to policję i straż miejską. Uruchomimy specjalny telefoniczny numer interwencyjny, pod który będzie można zgłaszać podobne przypadki.
KOMUNIKACJA
  • Zainwestujemy w rozwiązania, które w znaczący sposób poprawią bezpieczeństwo i płynność ruchu komunikacji publicznej na miejskich drogach oraz skutecznie umożliwią pojazdom uprzywilejowanym bezkolizyjne przemieszczanie się. Zrobimy to w oparciu o system smart city, o którym piszemy więcej w dziale „Nowe Technologie”.
  • Straż miejska wraz z policją zwiększą kontrole na mniejszych drogach, także osiedlowych, w związku z czym żaden pijany kierowca nie będzie czuł się pewnie, a rażące przekraczanie prędkości zostanie bezwzględnie ukarane.
  • Dokończymy proces sukcesywnego oświetlania ulic. Priorytetem będą ciągi piesze.
  • Rozwiążemy problem braku miejsc parkingowych na naszych osiedlach, zrealizujemy więc – po uzyskaniu akceptacji mieszkańców i zdobyciu wsparcia unijnego, o które wciąż walczymy – planowaną budowę wielopiętrowych parkingów. W pierwszym rzędzie wybudujemy je na osiedlach: Świętokrzyskie, Podkarczówka, Barwinek, Ślichowice, KSM Sandomierska.
  • Dla zwiększenia komfortu jazdy i poczucia bezpieczeństwa na drogach, w ciągu najbliższych pięciu lat wyremontujemy blisko 60 kieleckich ulic, których spis znajdziecie Państwo w załączniku do programu.
EKOLOGIA
  • Wprowadzimy systemy kontroli czystości miasta i jakości powietrza. Nadal będziemy dopłacać do wymiany pieców. Wprowadzimy zachęty ekonomiczne do korzystania z miejskiego systemu ogrzewania proponowanego przez MPEC. Wraz z Zakładem Gazownictwa doprowadzimy instalację gazową do każdego zespołu budynków, jeżeli ich mieszkańcy zgłoszą taką potrzebę.
  • Zadbamy o systematyczne nasadzania drzew i krzewów w wybranych miejscach miasta wskazanych przez architektów krajobrazu wespół ze specjalistami z zakresu ochrony środowiska, angażując w to jak największą liczbę aktywnych mieszkańców.
BEZPIECZEŃSTWO SOCJALNE
  • Żaden kielczanin nie może być głodny z powodu ubóstwa. Skutecznie ułatwimy potrzebującym dostęp do miejskich instytucji pomocowych, by szybko i sprawnie znaleźli niezbędne wsparcie i opiekę. W czasie zimy zagwarantujemy wszystkim potrzebującym miejsca w schroniskach i ogrzewalniach.
  • Zbudujemy rocznie kilkadziesiąt mieszkań socjalnych, a istniejące będziemy sukcesywnie remontować. Już rozpoczynamy burzenie domów w osiedlu „Jeziorany”, ponieważ mieszkania są w bardzo złym stanie. Na ich miejscu w ciągu najbliższych pięciu lat wybudujemy 78 mieszkań socjalnych.
Jesteśmy nowocześni, myślimy nowocześnie, więc we wszystkich miejskich inwestycjach staramy się wykorzystywać nowe technologie, bo oszczędzają one pieniądze, czas i są trwałe. To one przyczyniają się w największym stopniu do wzrostu atrakcyjnych miejsc pracy, więc to one budują zamożność społeczeństwa, również lokalnego. Bogatsi kielczanie to wyższe wynagrodzenia, a te z kolei sprawią, że młodzi ludzie nie będą wyjeżdżać z naszego miasta w poszukiwaniu lepszych zarobków. Jak zamierzamy wykorzystać nowe technologie do poprawienia jakości życia kielczan?
NOWE MIEJSCA PRACY
  • W ciągu najbliższych pięciu lat zgrupujemy w naszej dumie - Kieleckim Parku Technologicznym, pod skrzydłami którego rozwijają swój biznes młodzi ludzie, co najmniej 300 firm gotowych do współpracy z miastem i korzystających z wysokich technologii. Kielecki Park Technologiczny zdecyduje o finansowaniu najważniejszych projektów produkcyjnych, wykorzystujących wiedzę. To łącznie da dodatkowo minimum 2200 nowych miejsc pracy.
  • Skutecznie wykorzystamy umieszczenie w Kielcach Centralnego Laboratorium Głównego Urzędu Miar, bo jest ono gwarancją rozwoju technologicznego całego województwa i pewnej lokalizacji kilkudziesięciu firm związanych z certyfikacją tego urzędu. W samym laboratorium znajdzie pracę około 200 specjalistów z Kielc, a obserwując sytuację w podobnych ośrodkach na świecie zakładamy, że w otoczeniu biznesowym docelowo będzie pracować kilka tysięcy mieszkańców miasta i okolic.
  • Po wybudowaniu Centrum Kształcenia Praktycznego i wyposażeniu go w nowoczesny sprzęt rozpoczniemy szkolenie wykwalifikowanych pracowników przemysłu metalowego. Najwybitniejsi fachowcy z mechaniki, mechatroniki, automatyki, informatyki i robotyki nauczą ich pracy w najnowocześniejszych warsztatach i fabrykach naszego miasta oraz regionu. Docelowo będziemy rocznie wprowadzać na rynek minimum 300 dobrze opłacanych specjalistów.
NOWE TECHNOLOGIE W MIEJSKICH INSTYTUCJACH
  • Przedsiębiorstwo Gospodarki Odpadami oraz Miejskie Przedsiębiorstwo Energetyki Cieplnej już rozpoczęły współpracę w zakresie paliw odnawialnych. Paliwa te uzyskane w regionalnej instalacji mechaniczno-biologicznej przetwarzania odpadów komunalnych – Zakładzie Przeróbki Odpadów Komunalnych w Promniku, zostaną wykorzystane – zgodnie z najnowszymi światowymi technologiami – w miejskim systemie ogrzewania. W ten sposób podniesiemy efektywność ekonomiczną PGO i zmniejszymy koszty MPEC.
  • Wprowadzimy do oferty Targów Kielce nowe imprezy wystawiennicze w takich obszarach, jak IT, metrologia, motoryzacja, przemysł zbrojeniowy, ochrona środowiska, biochemia, profilaktyka i ochrona zdrowia oraz cybernetyka. To jeszcze bardziej zwiększy renomę Targów i przyczyni się do budowania jeszcze lepszej opinii Kielc w Polsce i Europie.
  • Instytut Designu wyspecjalizuje się w tworzeniu tak zwanej małej miejskiej architektury, korzystającej z nowości technologicznych. Da to pracę naszym firmom projektowym i wykonawczym.
  • Po udanej tegorocznej premierze Hakatonu, czyli maratonu programistycznego, zorganizujemy i sfinansujemy coroczne zawody naszych młodych programistów, chcących służyć miastu. Wykorzystamy Hakaton jako ważny element promocji Kielc.
NOWE TECHNOLOGIE – OWOCNA WSPÓŁPRACA
  • Wraz z Uniwersytetem Jana Kochanowskiego rozpoczęliśmy w Ogrodzie Botanicznym, będącym częścią kieleckiego Geoparku, badania wspomagające produkcję rolną. Wyniki są bardzo obiecujące. Dalsze sukcesy w tym obszarze powinny zaowocować mocnym wsparciem dla świętokrzyskiego rolnictwa.
  • Kielecki Szpital Onkologiczny - ŚCO od dawna prowadzi działalność badawczo-rozwojową. W najbliższych latach doprowadzimy do pojawienia się w Kielcach (m.in. w Parku Technologicznym) firm produkujących i dostarczających szpitalowi urządzenia oraz substancje potrzebne do działań badawczych i leczniczych.
SMART CITY CZYLI NOWOCZESNE KIELCE
  • Będziemy kontynuować pracę nad rozwojem systemu Smart City, będącego niczym innym jak wykorzystaniem nowych technologii w różnych obszarach funkcjonowania miasta. Dzięki Smart City znacznie poprawi się standard życia mieszkańców. W jego ramach w ciągu najbliższych pięciu lat zbudujemy Inteligentny System Transportowy, porządkujący ruch kołowy w Kielcach. Zielona fala i szybki przejazd przez miasto przestaną być teorią, bo połączymy w jeden sprawny system ponad 60 skrzyżowań, a komunikacja publiczna zyska przywileje. Smart City pozwoli też na efektywnie zmniejszenie zużycia energii, dzięki bardziej efektywnemu dociepleniu budynków oraz zmianie na bardziej oszczędny systemu oświetlania ulic i obiektów. Dzięki Smart City ułatwimy mieszkańcom kontakty z urzędami, lepiej wykorzystując Sieć między innymi do wypełniania ankiet i dokumentów.
Zobowiązujemy się do wytrwałego lobbingu u polityków i władz centralnych na rzecz realizacji przez instytucje państwowe:
  1. Remontu dworca kolejowego z uwzględnieniem parkingu nad torami na minimum 300 samochodów.
  2. Wybudowania fragmentu drogi 74 pomiędzy ulicami Hubalczyków a aleją Solidarności, w zdecydowanej większości przebiegającego w tunelu.
  3. Zbudowania lotniska Obice.
  4. Zbudowania wschodniej obwodnicy Kielc.

Życiorys

Nie znajdziecie tu Państwo zwykłego życiorysu: urodziłem się w..., do szkoły chodziłem, studia skończyłem, pracę podjąłem, żona, dzieci itd. Nie lubię ani pisać, ani czytać takich wypranych z emocji enuncjacji, bo nic nie mówią o człowieku, nie pozwalają go naprawdę poznać. Zamiast tego postanowiłem Państwu opowiedzieć kilka historii z mojego życia. One siedzą gdzieś głęboko w moim sercu, wracam do nich często, wspominam, przyglądam im się ze wszystkich stron, w miarę jak przybywa mi lat.

Mój Dom stał dokładnie w tym miejscu, w którym dziś jest gmach Urzędu Wojewódzkiego. Czasem zamykam oczy i wyobrażam sobie, jak skręcam ze Starowarszawskiego Przedmieścia w ulicę Nowy Świat, idę po kocich łbach – kamiennym bruku w mysim kolorze, wypatruję w nim jasnobordowych tłuczni. Potem przechodzę obok żółtoszarej kamienicy, spoglądam na zawieszony na wysokości pierwszego piętra niebieski szyld: „Szczepan Kwiatkowski, technik dentystyczny”. Oj, zapamiętałem tego Kwiatkowskiego. Przez miesiąc naprawiał mi ząb, wyszczerbiony przez pewnego zawadiakę.

Nie zachowało się żadne zdjęcie mojego Domu. Może to dobrze. Widzę go takim, jakim go zapamiętałem: oto dochodzę do bramy z furtką, nad którą wisi tabliczka z numerem 62. Nad płotem zwisają ciemnozielone gałęzie grusz. Jest rząd sześciu drwalek. To podręczne magazyny, w których właściciele przechowywali opał, węgiel i drewno. Tuż obok wejścia stoi leciwa śliwa, rodząca co roku ogromne ilości owoców. A pod nią, wzdłuż ogrodzenia, za którym rozciąga się ogród kwiatowy, przycupnęła wcale nie młodsza, drewniana ławka.

Wchodzę do Domu przez długą, zimną sień. Mijam drzwiczki do piwnicy, dochodzę niemal do wejścia na strych, ale skręcam w prawo, by przez podwójne oszklone drzwi wejść do ciepłego, pachnącego ciastem korytarza. Tu najważniejszym meblem jest ogromna biblioteczka z ciemnego drewna. Z korytarza wkraczam do gościnnego pokoju. Na środku stoi okrągły stół, starannie przykryty misternie haftowanym, zielonym jak wiosenna trawa obrusem. Na wprost okna – ciemnobrązowa komoda. Nad nią duże owalne lustro. A obok lustra – portret dziadka Adama w rosyjskim mundurze, zrobiony podczas wojny z Japonią w 1905 roku.

Najwięcej miejsca w pokoju zajmują dwa żelazne łóżka, zasłane ciemnobordowymi niczym najszlachetniejszy burgund narzutami. Nad nimi wiszą dwa obrazy w czarnych, rzeźbionych ramach. Pierwszy przedstawia Chrystusa w koronie cierniowej, na drugim płacze Matka Boska. Z przyciszonego radia dochodzi skoczna muzyka w wykonaniu kapeli Feliksa Dzierżanowskiego. Jest rok 1962, może 1964. Nie mam jeszcze dziesięciu lat...

Teraz pokój gościnny.

Na stole, w okręgu, ustawione są piękne biało-beżowe talerze. Na tych do zupy leży makaron. Pośrodku stołu stoi biało-beżowa waza z metalową chochlą. Unoszę do góry talerz z makaronem. Na jego spodzie widnieje znak firmowy i napis: Rosenthal.

W naszym domu cała porcelana miała na spodzie takie napisy. Odkąd sięgam pamięcią, w wielkie święta zawsze podawało się obiad na tym właśnie, rosenthalowskim serwisie. Związana z nim była pewna historia rodzinna; jej główni bohaterowie to mój dziadek Adam i jego żona, babcia Zosia.

Ich ślub w 1904 roku był klasycznym mezaliansem, prawie jak u Mniszkówny. On – syn znanego w mieście przedsiębiorcy. Ona – córka biednej krawcowej. Rodzice dziadka Adama, Maria i Józef Brudkowie, do 1922 roku nie uznawali rodziny syna. Dopiero w tym pamiętnym 1922 roku przyjęli zaproszenie na wspólną, wigilijną kolację. I co wtedy zrobił dziadek Adam? Dzień przed Wigilią wyszedł z domu wcześnie rano i pojawił się wieczorem, taszcząc wielkie pudło. Postawił je na stole, a gdy zdumiona babcia Zosia zajrzała do środka, zobaczyła... zastawę firmy Rosenthal. Tę samą, którą pamiętam do dziś. Spojrzała zdumiona na swego męża, a dziadek Adam trzasnął pięścią w stół i rzekł: – Niech nie myślą, żeśmy te wszystkie lata zmarnowali!

Moja mamusia urodziła się w Kielcach, a korzenie jej rodu sięgają XVI wieku, co udowodniła niezwykła Pani Kornelia Majorowa ze Stowarzyszenia Genealogicznego. Mamusia w 1952 roku wyjechała na dwutygodniowe wczasy do Karpacza i tam poznała swojego przyszłego męża – Kazimierza.

Tata pochodził z Tczewa i tym, co go najbardziej w Kielcach przerażało, były… rynsztoki. Dla niewtajemniczonych młodych ludzi: rynsztoki to rowy po obu stronach utwardzonej ulicy, którymi płynęły ścieki, a ścieki jak to ścieki – z reguły mocno śmierdziały i tata nie mógł się nadziwić, że płyną sobie ot tak, na wierzchu. W Tczewie tego nie było.

Moi rodzice byli piękni i niezwykle uczciwi. Nauczyli mnie pacierza i tego, że nie warto kraść i kłamać. Tata ciągle mówił o swoim Tczewie i tęsknił za nim. Dopiero gdzieś w połowie lat 70. przyznał się, że kocha Kielce i nigdzie nie zamierza się wyprowadzać.

Po śmierci taty mamusia nie mogła znaleźć sobie miejsca na ziemi i po trzech latach dołączyła do ukochanego męża. Byli jeszcze młodzi i do dzisiaj bardzo mi ich brakuje. Na szczęście poznali swoje wnuki. Byli bardzo z nich dumni. A parę lat przed ich odejściem w naszym kieleckim domu pojawiła się moja żona, Małgosia. Ale o tym w innym miejscu.

W 1967 roku mojego domu już nie było – za kilka lat na jego miejscu powstanie duma ówczesnej władzy – ultranowoczesny jak na owe czasy gmach dzisiejszego Urzędu Wojewódzkiego. Moja rodzina przeniosła się do ciasnego mieszkanka w bloku przy ulicy Zagórskiej, tuż obok miejsca, w którym dziś stoi PSS-owski „blaszak”.

Wszystko było nowe. Szkoła, koledzy, miejsca. Wtedy nawet nie podejrzewałem, że wrosnę w to osiedle niczym dąb Bartek, że KSM to będzie mój świat. Do dziś jest mój, mimo że mieszkam już w innej dzielnicy. Do dziś chętnie tam wracam, zwłaszcza w okolice mojej podstawówki nr 24. Do dziś moja żona robi na tym osiedlu zakupy.

Tam właśnie poznałem mojego najlepszego przyjaciela, takiego na dobre i na złe – Zbyszka Książka. Świetnie pamiętam ten dzień.

Przysiadłem na ławeczce niedaleko szkoły, obok jakiegoś obcego chłopaka. Miał bujną blond czuprynę. W ręku trzymał „49 opowiadań” Ernesta Hemingwaya. Zaczął mnie przekonywać, że są świetne, że warto, abym je przeczytał. Chciałem mu się jakoś zrewanżować za tę wiedzę i postanowiłem go tam, na tej ławce, nauczyć węzłów żeglarskich. Szło mu opornie, ale je opanował, a ja przeczytałem polecone przez niego opowiadania autora „Komu bije dzwon” i resztę jego książek.

I tak zostaliśmy ze Zbyszkiem przyjaciółmi. Spędzaliśmy razem każdą wolną chwilę. Razem studiowaliśmy w Krakowie, razem imprezowaliśmy. Później on został cenionym poetą, tekściarzem, zdobywcą wielu nagród, złotych, platynowych i diamentowych płyt, zwycięzcą Opola i Festiwalu Piosenki Studenckiej. Ja – budowlańcem, potem wojewodą, prezydentem. Do dziś nie potrafię wyobrazić sobie niczego, co mogłoby zakłócić naszą przyjaźń. Trudno uwierzyć, że już od 50 lat wspieramy się wzajemnie, kłócimy, polecamy sobie książki, płyty, jeździmy na ryby i spędzamy razem Sylwestra. Szanujemy się tak bardzo, że gdy kilkanaście lat temu obiecaliśmy sobie, że rzucimy palenie, żaden nie sięgnął po papierosa, bo to byłoby nielojalne wobec drugiego. Wiem, że na Zbyszku mogę polegać zawsze.

Prawie wszyscy chłopcy z mojej klasy poszli do „mechanika”, a ja – na przekór światu – do „budowlanki”, tej na ulicy Zgody. Do klasy o profilu „dokumentacja budowlana” chodziło nas 9 chłopców i 28 dziewczyn. Naszym wychowawcą był pan Mirosław Figlarowicz. Kochaliśmy go wszyscy bez wyjątku. Wykłady z historii architektury stanowiły dla tego niezwykłego człowieka tylko pretekst, by przekazać nam wiedzę o sztuce i pięknie. Pan Figlarowicz, chociaż twardy i wymagający, był w moim życiu, zaraz po rodzicach, najważniejszy. Miał największy wpływ na moje postrzeganie świata. Pamiętam, kiedyś w pierwszej klasie przyłapał mnie na wagarach blisko swojego domu, tuż przy działkach na ulicy Wawrzyńskiej. Dzień później, już na lekcji, spojrzał na mnie przenikliwie i rzucił: „Lubawski, chiromanto, wstań!”. Wstałem. Oznajmił: „Jeżeli od dzisiaj do końca roku szkolnego trafi ci się nieobecność, nawet usprawiedliwiona, to twoja edukacja skończy się na pierwszym oddziale”. Po chwili zaś dodał: „Także spóźnienie będzie śmiertelnym ciosem w twoją edukację. Zrozumiałeś?”. Pokiwałem głową na znak, że wszystko jest jasne i choć był dopiero marzec, od tamtego dnia pierwszy zjawiałem się w szkole i ostatni z niej wychodziłem. Jakieś dwadzieścia lat później, już jako prezes Chemadinu, spotkałem mojego wychowawcę niedaleko dworca kolejowego. Był wieczór, padał śnieg, a on dreptał powolutku, podpierając się laską. Ulicami Sienkiewicza i Zagórską odprowadziłem go do domu na ulicy Wawrzyńskiej. Nie zapomnę jego niesamowitych, błękitnych oczu i siwiuteńkiej skroni. Był niezwykle pogodny, opowiadał mi o swoich ideałach i o sensie życia. Czułem, że rozmowa ze mną sprawiała mu przyjemność i byłem z tego powodu bardzo szczęśliwy. Dosłownie miesiąc później już go nie było. Żaden z nas, niegdysiejszych nicponi, którzy go żegnali odprowadzając trumnę na cmentarz na Cedzynie, nie mógł uwierzyć, że ten mądry, dobry, cudowny Człowiek odszedł na zawsze.

W końcówce czerwca 1974 roku, już po maturze, wybrałem się pociągiem pośpiesznym odjeżdżającym o 18.30 (pamiętam jak dziś!) do Krakowa, aby przystąpić do egzaminów na Politechnikę Krakowską. Miałem załatwiony nocleg w akademiku na Bydgoskiej.

Wysiadłem na dworcu w Krakowie, w całkiem obcym mi wówczas mieście, ubrany w czarny garnitur uszyty na studniówkę, białą koszulę i wąziutki czarny krawat... na gumce. Ile razy przychodzi mi na myśl film „Hair” (a widziałem go już z milion razy, bo go uwielbiam), to przypominam sobie pierwsze sceny, gdy Claude Bukowski, chłopak z głębokiej prowincji, zjawia się w Nowym Jorku. Ta sekwencja kojarzy mi się nieodparcie z moją wyprawą do Krakowa.

Do akademika na Bydgoskiej oczywiście nie dotarłem. Zgodnie z instrukcją mojego kuzyna Jacka pomaszerowałem do kabaretu „Pod Budą” (tak – kabaretu, bo zespół o tej nazwie powstał później). Śpiewała tam Hanka Treter – kielczanka. Więc dotarłem na miejsce, a tam zabawa na całego: Jasiu Hnatowicz, Bohdan Smoleń (ten sam, niestety, już nieżyjący), Andrzej Sikorowski i cała plejada artystycznego Krakowa! Boże, jak oni mnie wtedy onieśmielali!

Było już dobrze po czwartej nad ranem, gdy z pomocą Chariklii, przyszłej żony Andrzeja Sikorowskiego, dotarłem wreszcie do akademików. W pokoju, w którym stało osiem łóżek, na moje wejście siedmiu młodzieńców podniosło głowy znad poduszek. „Pewnie z nerwów przed egzaminami nie mogą zasnąć”, pomyślałem i zwaliłem się na moje łóżko tak, jak stałem: w czarnym garniturze, białej koszuli i krawacie na gumce.

Kraków! Jakże inny od Kielc. Ulice, ludzie, kluby, restauracje, właściwie wszystko. Ale tęskniłem za Kielcami. Na pierwszym semestrze co tydzień, na drugim co dwa, a później raz w miesiącu obowiązkowo zjawiałem się w rodzinnym domu. Mamusia szykowała gołąbki, a tato wyjmował poskładane skrupulatnie „Słowo Ludu” i „Echo Dnia” , by wieczorem, po kolacji, zrobić mi prasówkę, czyli zmusić mnie do przeglądu najważniejszych wydarzeń w naszym mieście od czasu ostatniej mojej wizyty. Więc przeglądałem i znów – do Krakowa!

W niedzielę wieczorem zwyczajowo jeździło się pośpiesznym o 18.20. Nazywali nas „Klubem Kieleckim”. Skład klubu ewoluował, ale do dzisiaj pamiętam najwierniejszych z wiernych. W kolejności przypadkowej: Andrzej Mroczek, Ania Treter, Zbyszek Książek, Artur Jarosz, Andrzej Włoch, Jacek Gajewski, Grażyna Kaleta, Andrzej Poniedzielski, Rysiek Ostachowski.

Politechnika Krakowska była uczelnią niezwykle, jak na tamte czasy, liberalną. Raz na semestr skrzykiwałem dwóch kumpli z roku, gromadziliśmy skrypty i książki oraz dostateczną ilość jedzenia, by przez tydzień nie wychodzić z mieszkania i przygotowywać się razem do egzaminów. To naprawdę działało. Nikt z nas nie oblał choćby jednego egzaminu. I tylko pomyśleć: tydzień na cały semestr. Reszta czasu była nasza. „Jaszczury”, „Rotunda”, „Żaczek”, „Piwnica pod Baranami”, „Pod Przewiązką” – to miejsca, w których działo się wiele i w których poznałem późniejsze znakomitości. Moja przyjaźń ze Zbyszkiem Książkiem otwierała mi drzwi do każdego klubu i każdej sceny. Z drugiej strony wciąż traktowałem kabaret „Pod Budą” jako miejsce mojego krakowskiego chrztu. To przyjaciele i koledzy z okresu studiów ukształtowali moją wrażliwość na sztukę i człowieka.

Do dzisiaj z wieloma z nich utrzymuję kontakt.

Ot, choćby Grażyna Auguścik. Jak nam było już okropnie źle, to śpiewała nam „Biały dom” – smutną, tęskniącą za wolnością, napisaną przez Zbyszka pieśń. Jakieś dwa lata temu podczas tournee w Polsce (od 20 lat mieszka w USA) wystąpiła w kieleckim KCK. Powiedziała do mikrofonu: „Wojtek – wasz prezydent, a mój przyjaciel, poprosił mnie, bym zaśpiewała »Biały dom«. Wojtku! Wtedy, podczas studiów, mogłam w każdej chwili zaśpiewać, dzisiaj to mój zawód, ale już jej nie pamiętam! Następnym razem przygotuję się na pewno!”.

Dziś Grażyna jest uznaną wokalistką jazzową. Pracowała z Michałem Urbaniakiem i Urszulą Dudziak, również z takimi sławami, jak Jim Hall, Michael Brecker i Randy Brecker, John Medeski czy Patricia Barber.

Wojtka Belona znałem od pierwszych moich krakowskich dni. Po studiach przyjeżdżał do mnie do Kielc pogadać. Pracowałem w latach 80. jako kierownik budowy w Kazimierzy Wielkiej. I co poniedziałek spotykałem się z Belonem w autobusie pośpiesznym odjeżdżającym z Buska do Krakowa o godzinie 8.15. Przez pół godziny gadaliśmy o wszystkim.

Z nieżyjącym już Andrzejem Zauchą, jego żoną Elżbietą i córką Agnieszką przemieszkaliśmy miesiąc w jednym domku kampingowym w miejscowości Narie na Mazurach. My przyjechaliśmy z naszym pierworodnym, niespełna rocznym Wojtusiem, co ewidentnie było wbrew ogólnie przyjętym standardom towarzyskim. Któregoś wieczoru jednak Andrzej przyznał się, że o takich wczasach marzył. Ponoć taki spokojny żywot dawał mu potężnego kopa do pracy. Ja też fantastycznie wspominam ten urlop.

Na festiwalu Opolskim w 1979 roku Zbyszek Książek otrzymał główną nagrodę debiutów za piosenkę „Posłuchaj, Grażko” w przepięknej aranżacji Zbyszka Preisnera (wtedy jeszcze Kowalskiego). W czasie spaceru po Opolu namówiłem naszego aranżera do zakupu książki Pieśni chińskie. Widać już wtedy ciągnęło mnie w tamtą stronę. A Zbyszek Preisner wyłowił z tej książeczki utwór o wszystko mówiącym tytule „Pchamy taczki”, który przez wiele lat był przebojem „Piwnicy pod Baranami”.

Zdarzało się, że zjeżdżali do Krakowa warszawscy artyści: Stanisław Zygmunt, Jacek Kaczmarski, Jan Wołek, Henryk Alber i inni. Z reguły kilka wieczorów poświęcaliśmy na udowodnienie im wyższości krakowskiego życia artystycznego nad warszawskim. Ale rzadko się udawało...

Mimo ukończenia uczelni technicznej, większość mojego czasu spędzonego w okresie studiów poświęciłem humanistyce. Ale czuję się inżynierem i nigdy nie żałowałem wyboru mojej drogi zawodowej.

Moją żonę Małgosię poznałem po pierwszym roku studiów, w miejscowości Ilmenau w NRD. Młodym znów należy się wyjaśnienie: było kiedyś takie państwo – Niemiecka Republika Demokratyczna – z przywódcą narodu o nazwisku Erich Honecker. W tym Ilmenau odpracowywałem na budowie praktyki studenckie, a ona przyjechała na wakacje do mamusi, która „była na eksporcie” jako księgowa krakowskiego Budostalu (przez myśl mi nie przeszło, że kiedyś to będzie moja teściowa). Pierwsze spotkanie z moją przyszłą żoną miało miejsce na międzynarodowym (tj. polsko-enerdowskim) turnieju brydżowym. Zrobiłem na Małgorzacie wrażenie, bo ten turniej z kolegą wygraliśmy. Później poprosiłem ją, by pojechała ze mną na wycieczkę zakupową do Weimaru i pomogła kupić buty. Cóż to były za buty! Nigdy później takich nie spotkałem. Z fantastycznej skóry, szyte dookoła! Nie było wątpliwości, że zostały kupione w „Exlusivie”. Pierwsza randka w krakowskim ogrodzie botanicznym i po dwóch miesiącach... dramatyczna decyzja o rozstaniu.

Po trzech dosyć burzliwych latach, na imieninach Zbyszka Książka, tuż po godzinie 21, wchodzi ona. Istne cudo. I tak ją postrzegam do dzisiaj, chociaż były po drodze różne trudne momenty. Na przykład w dwa lata po tamtych imieninach Zbyszka, oznajmiła: „Nie myślisz chyba, że zostanę starą panną? Albo się żenisz, albo poszukaj sobie innej narzeczonej”. Ślub wzięliśmy 2 maja w kościele Franciszkanów w Krakowie. Przeor wcześniej zastrzegł, że w tym kościele ślubów się nie udziela, ale jeżeli nie boimy się wróżby „w maju ślub – szybko grób”, to zrobi dla nas wyjątek.

W kościele wielu moich zacnych przyjaciół zachowywało się tak, jakby mnie żegnali na zawsze. Biały fiat 125p przed kościołem nie zdążył jeszcze ruszyć, gdy z krzykiem wyrzuciłem ręce do góry: „Yees! Yees! Yees!”. Licznie zebrana pod kościołem gawiedź pomyślała, że zwariowałem. A tam, wewnątrz samochodu, radio stereo transmitowało mecz piłkarski Polska – NRD (widać ten kraj ciążył nad nami jak fatum). Ledwie zatrzasnąłem drzwi auta, siadając obok mojej ślicznej, przed chwilą poślubionej żony, gdy Andrzej Buncol strzelił Niemcom bramkę. To wywołało u mnie eksplozję radości.

Ale długo się nie radowałem, ponieważ 4 maja o godzinie 7 rano musiałem zgłosić się w jednostce w Inowrocławiu, żeby odbyć służbę wojskową.

Na urodziny Wojtusia moja żona i ja czekaliśmy w Szpitalu Świętego Aleksandra przy ulicy Kościuszki w Kielcach (w tym samym, w którym ja się urodziłem) cały... tydzień. Cztery lata później, gdy miała się urodzić nasza córka Małgosia i gdy o północy dowiozłem taksówką małżonkę do szpitala na Prostą, dowiedziałem się, że mam przywieźć rano... sztućce (żeby żona miała czym jeść). Zatem następnego dnia o świcie wręczyłem położnej łyżkę, widelec oraz nóż i odwróciłem się na pięcie, by wyjść, gdy usłyszałem: „A nie interesuje pana nawet, co się panu urodziło?”.

Nie mogłem się nadziwić, że nasza córeczka nie kazała na siebie czekać nawet dnia.

KONTAKT


Stowarzyszenie Samorząd 2002

ul. Mała 17/3, 25-012 Kielce
stowsam2002@gmail.com
tel. +48 41 368 06 14